Po prostu zapraszam...
X

captcha

Bogdan Zdrojewski #4Bogdan Zdrojewski #1Bogdan Zdrojewski #6Bogdan Zdrojewski #2Bogdan Zdrojewski #5

Czas solidarności. Wrocław. Powódź 1997

2017-10-2

Nie było łatwo. Czas uciekał, a okres letni sprzyjał absencjom. Nie było szefa policji, sądu, prokuratury, Archiwum Państwowego, a także kardynała Henryka Gulbinowicza, gospodarza Ostrowa Tumskiego. Miałem wrażenie, że po wizycie Jana Pawła II większość VIP-ów wyjechała – wspomina czas powodzi 1997 r. Bogdan Zdrojewski na łamach Wszystko Co Najważniejsze.

W mojej perspektywie zawodowej rok 1998 miał być ostatnim z tych dedykowanych Wrocławiowi. Planowałem zakończenie przebudowy centrum miasta, wyprowadzenie na prostą firm komunalnych, a także zrealizowanie nowoczesnych projektów promocji Wrocławia. Wciąż marzyłem o powrocie na Uniwersytet Wrocławski i kontynuowaniu pracy dydaktycznej. Niestety, powódź i jej konsekwencje zmieniły moje plany i wymusiły kolejny start w wyborach samorządowych, a także kontynuowanie misji na stanowisku prezydenta miasta.

Przedostatni rok drugiej kadencji przebiegał zgodnie z planem. Udało się zakończyć przebudowę Ostrowa Tumskiego, trzech pierzei na wrocławskim Rynku (na czwartej pozostało jedynie zadanie realizacji finalnej nawierzchni), a także wyprowadzić na prostą większość firm komunalnych. Najbardziej dumny byłem z nagród, wyróżnień za zmiany w zieleni miejskiej, realizacji parku Milenijnego, Stabłowickiego czy — przede wszystkim — Ogrodu Japońskiego. Wrocław pozyskał nową nekropolię na Kiełczowie, nowe wysypisko poza granicami miasta, a także finalizowaną oczyszczalnię ścieków. Port Lotniczy obroniony przed likwidacją otrzymał status międzynarodowego. Mogliśmy z dumą przyjmować koronowane głowy Holandii, Belgii i Jana Pawła II. Wrocław trafił do pierwszej setki miast o najwyższych wskaźnikach inwestycyjnych (pierwsze duże miasto o takim statusie), a w „The Timesie” pojawił się pierwszy artykuł promujący polskie miasto.

Kluczowe było także budowanie nowej tożsamości wrocławian, a przede wszystkim pogodzenie się ze skomplikowaną historią, czerpanie z niej dodatkowej siły.

Powodzi tysiąclecia nic nie zapowiadało. Oficjalne komunikaty instytucji rządowych były uspokajające. Wrocławski węzeł wodny, nieprzynależący do kompetencji miejskiego samorządu, był chwalony, choć niepoddany żadnej poważnej próbie od kilkudziesięciu lat. Nawet informacje z Kłodzka i Opola nie budowały specjalnego napięcia.

Narady w sztabie wojewody były raczej konwersatoriami czy też debatami akademickimi, aniżeli analizami konkretnych zagrożeń. Prowadzący je Andrzej Kalisz (wicewojewoda), pod nieobecność wojewody Janusza Zaleskiego, dość łatwo poddawał się atmosferze wiecznej debaty, de facto rezygnując z wymuszenia konkretnych decyzji. Łatwo jednak nie miał. Widać było różnice zdań, ocen, brak doświadczeń, a szczególnie permanentne asekurowanie się niemalże w każdej opinii.

Nieco znużony, ale też zniecierpliwiony ówczesny przewodniczący sejmiku, prof. Leon Kieres, zaproponował rekonesans w już zalanym w tym czasie Opolu. Dość szybko uporałem się z pozyskaniem najlepszego (w tych okolicznościach) środka transportu — następnego dnia rano ruszyliśmy helikopterem wzdłuż Odry. To nie była zwykła podróż. Dobra dokumentacja, a zwłaszcza naoczne sprawdzenie skali fali powodziowej nie pozostawiały złudzeń. Zagrożenie było o wiele większe od przedstawianego.

Od tego momentu wszystko zaczęło toczyć się w nieprawdopodobnym tempie. Poprosiłem o zwołanie Nadzwyczajnej Rady Miejskiej Wrocławia, powiadomiłem redakcje wrocławskiej prasy, wydałem stosowne komunikaty, a także osobiście postanowiłem powiadomić szefów głównych instytucji miejskich. Nie było łatwo. Czas uciekał, a okres letni sprzyjał absencjom. Nie było szefa policji, sądu, prokuratury, Archiwum Państwowego, a także kardynała Henryka Gulbinowicza, gospodarza Ostrowa Tumskiego. Miałem wrażenie, że po wizycie Jana Pawła II większość VIP-ów wyjechała.

Nie brakowało nerwów. Komunikat o konieczności zakupów zapasów wody czy też np. baterii wrocławianie potraktowali niezwykle poważnie. Ale widok mieszkańców dźwigających całe zgrzewki napojów budował też inny niepokój… dotyczący może nieuzasadnionego siania paniki.

Pierwsze zamówione worki przychodziły w bardzo skromnych transportach. Słoneczna pogoda przyciągała wrocławian na nabrzeża, ale niekoniecznie jeszcze do pracy przy budowie wzmocnień. Pamiętam, jak dwie ciężarówki zrzuciły sporo worków na Ostrowie Tumskim. W tym czasie Wielka Wyspa, która była bardziej chętna do pracy, nie miała co robić, ponieważ przy nadwyżce piachu brakowało worków. Słysząc to, właściciel luksusowego mercedesa zadeklarował pomoc i dowiezienie worków. Do pustego bagażnika jego auta nie za wiele weszło… Zdecydował więc, że zapakuje worki także na tylną, białą, skórzaną kanapę — aż po sufit! Poprosił następnie żonę o pozostanie na Ostrowie, a kolejną partię wpakował na fotel pasażera. Swoją postawą zapowiedział w jakimś sensie cały łańcuch nadzwyczajnych reakcji wszystkich mieszkańców.

W ostatniej dobie pojawił się już wojewoda Zaleski. Decyzja sztabu wojewódzkiego o wysadzeniu wałów w Jeszkowicach nie była już możliwa do realizacji. Było za późno. Z determinacją próbował ulżyć miastu i doprowadzić do powstania ujścia wody na wysokości Łanów. Wiemy, że mieszkańcy obronili się przed tą decyzją, a woda po raz pierwszy wybrała kierunek w stronę św. Katarzyny, a nie Czernicy. Warto dodać, że żaden ekspert tego nie przewidział. Podobnie jak połączenia dwóch fal powodziowych z Nysy Kłodzkiej i Odry.

Dla mnie szczególnie ważna była pierwsza doba, a zwłaszcza noc walki z falą szczytową. Mało kto zdawał sobie sprawę, że sukces obrońców Wielkiej Wyspy oznaczał większą skalę trudności dla obrony Starego Miasta. Ostrów Tumski z wielu powodów stał się szybko najważniejszym miejscem obrony. Po pierwsze — to część najstarsza, najwartościowsza, symboliczna, a także najtrudniejsza w ewentualnej odbudowie. Po drugie — każde spiętrzenie w głównym nurcie Odry na wysokości Starego Miasta oznacza powstanie efektu domina z odległymi konsekwencjami. I po trzecie — to tu straty osobowe przy popełnionym błędzie mogłyby być bardzo bolesne.

Walka na Ostrowie była o tyle łatwiejsza, że na parę tygodni przed powodzią zakończyłem budowę wału przeciwpowodziowego na wyspie Piasek. Dodam, że zrealizowaną wbrew woli gospodarzy zlokalizowanych tam obiektów.

Straż pożarna od samego początku profesjonalnie wspomagała fantastyczne pospolite ruszenie. Zapewniła nie tylko generatory, doświetlenie, ale przede wszystkim sprawnie przepuszczała niebezpieczne przedmioty o dużych gabarytach poza filarami mostów i młyna Maria. Nie było to łatwe. Pamiętam, jak jeden ze strażaków o mało nie wystrzelił w powietrze, gdy jego bosak utknął w dużym konarze. Pozornie spokojnie płynąca woda w każdym metrze sześciennym miała siłę niewyobrażalną. Finalne 3700 m sześciennych na sekundę nawet na laikach robiło wrażenie.

Noc była niezwykle trudna. Komunikaty z całego miasta napływały sprawnie, ale już nie drogą telefonii stacjonarnej. Mokrzy po pas obrońcy Ostrowa Tumskiego w pewnym momencie zostali wezwani do natychmiastowej ewakuacji. Wiadomość o kolejnej zbliżającej się fali nie dawała nam już żadnych szans. Straż pożarna wycofała pierwszy wóz. Nerwowo szukałem potwierdzenia tej fatalnej wiadomości. Dla mnie trwało to godziny, a faktycznie — kilka minut. Wiadomość okazała się fałszywa. Dzięki krótkofalowcom, straży miejskiej, a także przypadkowym bacznym obserwatorom udało się utrzymać główne punkty oporu przed szczytową falą powodziową.

Nad ranem na Ostrowie Tumskim pozostało około 50 proc. obrońców. Byli wykończeni. Operator jednego z dźwigów ze zmęczenia wypadł z kabiny. Wcześniej odmówił dokonania zmiany.

Przejście fali kulminacyjnej niczego nie oznaczało. Najważniejsze decyzje wciąż były przed nami. Kolejne meldunki przyjmowałem już w Poltegorze. Gościna telewizji TeDe była z jednej strony wymuszona utratą zdolności operacyjnych siedziby sztabu przy ul. Zapolskiej, a z drugiej potrzebą zbudowania wiarygodnego, sprawnego systemu komunikowania się z samymi wrocławianami. Istotne też było zaangażowanie dziennikarzy tej prywatnej stacji we wszelkie działania sztabu powodziowego. W jakimś sensie byli jej istotnym składnikiem. Czasami męczące było poruszanie się za mną powiększającej się grupy dziennikarzy spoza Wrocławia, ale generalnie wszystko układało się w sensowną całość. Pamiętam nawet ratowanie kamery Polsatu przy nagłym przyborze wody na Popowicach albo też próbę ataku na dziennikarzy telewizji publicznej pod wałem dedykowanym premierowi Cimoszewiczowi. Kluczowe było jednak wyraźne dzielenie ról, a zwłaszcza usytuowanie rozmaitych funkcji w północnej i południowej części Wrocławia.

Dyslokacja rozmaitych ośrodków okazała się słuszna. Na Klecinie ulokowano magazyny podstawowych artykułów, a następnie nadchodzącej pomocy i darów. W szkole podstawowej na ul. Powstańców Śląskich pracowały służby techniczne, w tym komunalne. Szybko odbudowana została sprawność pomocy medycznej (ul. Traugutta była zalana), a przybywająca pomoc wojskowa także sprawnie zaczęła się zazębiać.

Ważne było weryfikowanie informacji, a także szybkie reagowanie na rozmaite zgłaszane potrzeby. Katastrofa nie zatrzymała normalnych zdarzeń — chorób, urodzin oraz naturalnych zgonów. Zdarzyły się także dwa śluby. Szybko trzeba było zbudować system odbioru śmieci. Było ich wiele i często były niebezpieczne. Kłopotliwi bywali goście — ci przypadkowi, których powódź zastała, oraz ci nowi, przybywający z ciekawości. Intensywność kontaktów z turystami zagranicznymi spowodowała nawet konieczność zbudowania odrębnego adresu, pod którym zaniepokojeni mogli uzyskać wiarygodne informacje o losach swoich rodaków. Zdarzały się także przypadki (i to wcale nierzadkie) aktywnego uczestnictwa obcokrajowców w ratowaniu miasta, np. wycieczka holenderskich turystów w podeszłym już wieku.

Zbudowana przez mieszkańców sieć obwałowań w większości była nie tylko sensowna, ale także świetnie zrealizowana. Pojawiały się jednak zapory tworzące nowe wewnętrzne zbiorniki wodne bez szansy na ich łatwą likwidację. Negocjacje z ich twórcami i próbne upusty zapamiętam na zawsze. Tak ratowaliśmy np. urządzenia techniczne Teatru Polskiego. Bez zgody twórców wału na wysokości torów kolejowych przybór wód na ul. Piłsudskiego byłby niechybnym źródłem poważnych strat finansowych — nie tylko zresztą Teatru Polskiego.

Identyfikowanie się obrońców z konkretnym odcinkiem walki z powodzią było nadzwyczajne. Oznaczało także zakończenie skomplikowanego procesu psychospołecznego budowania wrocławskiej społeczności.

Na początku swojej kadencji powtarzałem, że Wrocław to taka nasza mała Ameryka, do której wszyscy skądś przybyliśmy. W lipcu 1997 roku mieliśmy już mieszkańców broniących SWOJEGO MIASTA. Walczono nie tylko o swoje mieszkanie, podwórko, samochód, lecz przede wszystkim broniono miasta przed katastrofą.

Pamiętam ogłoszone po powodzi prace pokonkursowe, w których chodziło o krótką historię świadczącą o stosunku do miasta. Wygrał młody chłopak, który chcąc zaimponować spotkanym na plaży dziewczynom, na ich pytanie, skąd jest, odpowiedział, że z Wrocławia. Nie był. Ale to po prostu dobrze brzmiało. Takim Wrocław się stał jeszcze przed powodzią, a skuteczna walka z katastrofą to odczucie jeszcze wzmocniła.

Nigdy nie chciałem, by Wrocław był metropolią. To raczej może być przekleństwo. Tym bardziej, że nie uchodził za miasto zaściankowe, zamknięte, pozbawione ambicji czy też charakteru. Najistotniejsze było przekonanie, że najważniejszym podmiotem są przede wszystkim jego mieszkańcy. Nie goście, nie czasowo tu zatrudnieni, ale sami wrocławianie. Powódź wiele mogła w tym procesie zniszczyć, zniweczyć, na wiele lat wykluczyć.

Pamiętam pierwsze badania z 1990 roku, które wykazały, że około 70% wrocławian nie wiązało swojej przyszłości z miejscem zamieszkania. I te ostatnie, z końca ubiegłego wieku, pokazujące, że zdecydowana większość nie wyobrażała sobie życia poza naszym miastem.

Po 1989 roku Wrocław zaczynał z szóstym budżetem w kraju i jednym z najwyższych zadłużeń. Stan gospodarki komunalnej był jednym z najgorszych. Brakowało miejsc pochówku, oczyszczalni ścieków, jakość wody niestety nie miała dobrej sławy, a kolejne wysypiska śmieci w obrębie miasta były źródłem wstydu. Rok 1998 miał być moim ostatnim rokiem pracy w urzędzie miejskim. Powódź, a szczególnie konieczność sprawnego poradzenia sobie z jej konsekwencjami przedłużyły moją aktywność o kolejne trzy lata. Do zakończenia milenium. Ważne było skrócenie czasu usuwania skutków powodzi, a także utrwalenie poczucia odniesionego sukcesu w walce z falą tysiąclecia.

Dziś mam satysfakcję, że odchodząc z urzędu, zostawiłem w budżecie rezerwy kredytowe, zadłużenie poniżej 30 proc., a zobowiązania finansowe jedynie krótkoterminowe. Niemniej jednak do powodzi powracam niechętnie. Nie tylko ze względu na zmienione plany życiowe, ale także ze względu na to, że był to czas nadzwyczajnie trudny, w którym konieczność sprawdzania rozmaitych predyspozycji była olbrzymim wyzwaniem.

Źródło: https://wszystkoconajwazniejsze.pl/bogdan-zdrojewski-wroclaw-powodz-1997-czas-solidarnosci/ 

« powrót

Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.